Schodząc z gór…

Błądząc, do celu zmierzam swej drogi,

pół ślepym wzrokiem badam strukturę,

czy mam przed sobą przestrzeń, by stąpać,

czy też nie stoję przed grubym murem.

Wysuwam kostur, by zbadać sprawę,

lecz on jest niemy, nic mi nie gada,

tylko w milczeniu, dłonie swe suche,

na Anioł pański pobożnie składa.

Daje więc znaki, pół już po za mną,

południe kraje dzień na połowę,

a czas tym samym kładzie kolejny,

siwy włos starca na moją głowę.

One thought on “Schodząc z gór…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *