Dobowy rytuał…

Wkracza powoli w aleję parku, snuje się jako dym z papierosa,
kładzie swe ciało na miękkiej darni, którą okrywa swym trenem rosa.
Leży w miękkości ździebełek trawy, jak w pałacowym sułtana łożu,
pławiąc się przy tym rozkosznie ciszą, podobną fali zefiru w zbożu.
Niebo też odzież skwapliwie zmienia, wkłada bonżurkę w barwach szarości,
owa wizyta, to już rytuał, w którym park w progach swych wieczór gości.

Lecz, szybko musi zmysły napełnić ową błogością anielskiej ciszy,
bo już hukanie nocnej strażniczki w swojej szarości donośne słyszy.
To sowa daje znaki swym głosem, że mrok wieczorny czerń nocy trąca,
jego idylla w owym momencie dobiegła właśnie swojego końca.
Ona rozleje czarny swój inkaust, przeniknie parku zieloną duszę,
rozświetli mroki gwiaździstym pyłem, snem zalewając głęboką głuszę.

Po długim dosyć sennym spacerze, świt noc leciutko promieniem gładzi
i jej czerń mroczną za górę z lasem w ciemności głuszy dzikiej prowadzi.
Ona swym ślizgiem zsuwa się z progów parku, co właśnie ze snu się budzi
i wita ciepłem pierwszych promieni mgłę, która mleczność swą w owych studzi.
Z świtem się niebo także odziewa w lekkie falbany białej chmurności,
gdyż lada moment w progach parkowych dzień swym władaniem dłuższym zagości.

Dzień w parku zawsze światło rozdaje, wnika jasnością w kątki wszelakie,
wita się z sroką na czubku sosny, wróblem, gołębiem oraz ze szpakiem.
Gładzi swą dłonią trawnik mięciutki, wie, że tu wieczór relaks pobiera
i w norę myszki, małym paluszkiem z promienia słońca ciepłem dociera.
Chodzi po parku w jasnym surducie, aż słońce promień ostatni skróci
i znów do parku, swoim zwyczajem na trawnik miękki wieczór powróci.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *