Opowieść wigilijna wg. Karola Dikensa

Kiedy Wigilia nastaje, to ludzie się zmieniają
i to co dla nich przykre za progiem zostawiają.
Jest tylko jeden raz w roku przez wszystkich obchodzona;
oczekiwana z zachwytem i bardzo upragniona.
Żaden dzień w całym roku nie daje tyle radości
jak ten, w którym w naszych domostwach maleńki Jezus zagości.

Taki właśnie pan Dikens czas wybrał dla tej powieści
zobaczę ile kartek ta adaptacja pomieści.
Postaram się by wątki wszystkie były ujęte
i w jedną wspólną całość jak u autora spięte.
Tą powieść będzie ciężko w rymach prostych usadzić,
ale spróbuję jakoś z tym faktem sobie poradzić.

Ebenezera Scrooga w Londynie wszyscy znali
i jak mogli szerokim go kołem omijali.
Był to człowiek co tylko w kantorze swoim siedział
i o radościach i smutkach innych ludzi nie wiedział.
Strasznym był on sknerusem, dokładnie grosz każdy liczył,
a przy okazji szare komórki w mózgu ćwiczył.

Codziennie z samego rana przychodził do kantora
i nie opuszczał go wcale, aż do późnego wieczora.
Kiedyś na w spółkę z innym sknerusem go prowadził,
ale się tamten w zaświaty już dawno wyprowadził.
Minęło już lat siedem jak jego pochowali;
nikt w kondukcie nie szedł, tak go nie szanowali.

Jakub Marlej był bardzo surowym i podłym człowiekiem,
żadne radości ludzkie nie były na jego złość lekiem.
Każdemu odburkiwał i nie uśmiechał się wcale,
a jak mu ktoś chciał powierzyć jakieś swoje żale,
to mówił, że problemy go innych nie obchodzą;
jak nie stać ich na pożyczkę niech, do kantoru nie chodzą.

Więc kiedy nagle z wieczora choroba go w domu złapała,
to żadna istota ludzka mu ręki pomocnej nie dała.
Umierał więc biedny skąpiec w ogromnej samotności,
a tydzień później grabarze zawieźli jego kości
i do pustego grobu bez jednej łzy wsadzili
i nawet się nad mogiłą nikt z żalem nie pochylił.

Gdy zmarło się Marlejowi to Scroog sam jeden został;
prowadzić kantor samotnie to raczej rzecz nie jest prosta.
Długo się zastanawiał jak tu kogoś zatrudnić,
by dalej w jego tylko kieszeni pieniądz chciał dudnić.
Pomocnik zaś mógłby w sumie za grosze jakieś pracować
i jeszcze po godzinach do wieczora harować.

Przyjął on pomocnika, bo sam sobie rady nie dawał,
lecz biedny kancelista maleńką pensyjkę dostawał.
Był to człowiek uczciwy, bogobojny, sumienny
nie jak Ebenezeber surowy i nieprzyjemny.
Obaj każdego ranka do pracy przychodzili,
nigdy jednak razem porannej kawy nie pili.

Scroog, owszem sam ciepły napój sączył powolutku,
a biedny Bob tylko ślinkę przełykał po cichutku,
bo kawa była droga i Boba nie stać było,
wolałby jego dzieciom na strawę wystarczyło.
Miał on kochaną żonę i dzieci całą gromadkę
i jeszcze na dodatek już schorowaną matkę.

Miłość i szacunek w ich domu się przeplatały,
ale ogromną troską wszystkie dni wypełniały
myśli, co będzie dalej z ich synem co jest kaleką.
Łzy matka ukrywała w dzień, a wielką rzeką
w nocy je wylewała nad dziecka ciężką dolą.
Nikt tego nie ukrywał, że było to w oku solą,
skąd wziąć pieniądze na to, by móc uleczyć dziecinę
i jak w końcu na zawsze usunąć choroby przyczynę.

Miał Scroog siostrzeńca Freda był on jedyną osobą,
którą Ebenezer mógł nazwać rodziną swoją.
Kiedyś go jedna dziewczyna przed laty pokochała,
ale przez jego sknerstwo innemu miłość oddała.
Nie wiedział, nasz skąpiec stary, że taka chwila przyjdzie,
że w swoim podłym życiem mu się rozliczyć przyjdzie.
I nie będą to wcale miłe dlań rachunki,
lecz bardzo mocne z przeszłością sumienia rozrachunki.

Jak zwykle co dzień z rana Scroog kantor swój otworzył,
a Bob znów Panu Bogu ofiarę w kościele złożył,
że znów kolejne święta wszyscy razem przeżyją
i na tę okoliczność mały prezencik wyjął:
- To dla pana z okazji Bożego Narodzenia,
cały świat dziś w piękną arenę się przemienia,
na której wszyscy w koło będą radośnie się bawić
i Jezusa małego w żłóbeczku śpiącego sławić.

- Co ty mi opowiadasz, jakieś życzenia składasz.
Ja żadnych świąt nie uznaje; patrz, gęsiej skórki dostaje.
Mój bratanek co roku mnie na nie serdecznie zaprasza
i tylko mojej fortuny co chwilę się naprasza.
Ja z świąt już dawno temu przestałem się radować,
idź lepiej ważne papiery do szafy dobrze schować
i jak w każdy dzień roku posiedzisz do wieczora,
a na te twoje święta przyjdzie jeszcze pora.

- Te święta są raz w roku, Bóg radować się każe.
On nam własnego Syna zsyła z miłości w darze,
by wszystko co złe na świecie naprawił dookoła.
Pan tego jeszcze nie słyszy, on pana także woła.
- Posłuchaj no, już więcej o świętach ani słowa,
bo w końcu źle dla ciebie się skończy owa rozmowa.
Jak chcesz ty tu pracować, to bierz się do roboty.
Jesteś ty dla mnie za biedny, byś ze mną mógł drzeć koty.

Bob tylko głowę spuścił: – Chyba go anioł opuścił;
szatan go teraz pilnuje. Czy ktoś tą duszę zratuje?
Liczyli i przeliczali do późnego wieczora,
aż w końcu nastała szarówka i przyszła już taka pora,
gdzie Scroog powoli chował papiery do szuflady
i szukał w swoim biurku uniwersalnej pomady.
Gładził on nią swe włosy, aby cylinder założyć,
a swemu kanceliście do pieca kazał dołożyć,
bo rano jak przychodzili to już przyjemnie było,
bo ostatnie drewienko jeszcze się trochę tliło.

Gdy już pracę skończyli Bob mógł Wigilię rozpocząć,
po całym dniu roboty w cieplutkim domu odpocząć.
Po pracy, jak zwykle wieczorem do domu Scroog powrócił.
Nagle ze zdziwieniem okiem na ławkę rzucił.
Siedziała na niej postać, lecz prawie jej nie było.
Okropnie to naszego Ebenezera zdziwiło.
Mieniła się ona bardzo jasnymi kolorami,
także staremu oczy zaszły na chwilę łzami.

- Nigdy nie łzawią mi oczy i rozum w porządku mam.
To tylko przewidzenie, ja radę z tym sobie dam.
Wszedł stary gbur do mieszkania, palto na haku zawiesił,
zjawy się nie przestraszył, ale się nią trochę zbiesił.
- Gówniarze jakieś świetlne sobie robią numery,
mogli by ich rodzice tym zająć się do cholery.
Człowiek wieczorem chciałby się trochę zrelaksować,
a nie jakimiś smykami się ciągle denerwować.

Gdy podszedł do fotela, aby się na nim wyłożyć,
nigdy by nie uwierzył, że przyjdzie mu tego dożyć.
Na fotelu wygodnie Jakub Marlej siedział
i nagle takie słowa powoli wypowiedział:
- Siadaj tu stary brahu, wiesz dobrze, że ja nie żyję,
ale nie jest ci dane wiedzieć, że w mękach wyję.
Za wszystkie lata złości i ludzi oszukiwania,
taki ogromny łańcuch mi spokój wieczny przesłania.
Jest jak widzisz potężny, umocowany na stałe,
ma bardzo mocne ogniwa, tam mają doskonałe,
kowadła co na nich kują takie mosiężne łańcuchy.
Uwierz ty mi na słowo, nie mają ciężaru muchy.
Do tego za me złości i sknerstwo nie bywałe, to
jeszcze mi dołożyli do niego łańcuszki małe.

One są za to, że kiedyś dzieciaki odganiałem
i nawet im przy świętach na ciastka nie dałem.

- Przyszedłeś ty do mnie po to, by żale swe wylewać,
może ja ci tu teraz rekwiem mam jeszcze zaśpiewać.
Tyle już lat nie żyjesz, a teraz dopiero przychodzisz
i jak nieszczęsna zjawa po nocy tu dowodzisz.
Myślisz, że ja się przestraszę tak bardzo ducha twego,
że w prawie jednej sekundzie ja zmienię się w dobrego.
Nie zawracaj mi głowy i wracaj już do piekła,
podobno żadna dusza się stamtąd nie wywlekła.

- Ja przyszedłem do ciebie, by twą duszę ratować.
- Racz już teraz Jakubie Marleju do piekieł się schować.
Dzięki serdeczne za to, że ty mnie odwiedziłeś,
ale już późna pora za długo zabawiłeś,
a herbaty tylko dlatego ci dziś nie podałem,
bo jeszcze takich cudów w mym życiu nie widziałem,
by zjawa napój piła lub ciastko przegryzała,
potem by swoje szaty długi czas naprawiała.

- Ja wiem, że ty udajesz takiego bohatera,
ale każdemu kiedyś dokuczy taka cholera,
co dawno temu ludzie ją samotnością nazwali
i wszystkim ona doskiera co wciąż się izolowali.
Ty też się Ebenezerze tak właśnie odsunąłeś
i prawo do swej osoby, każdemu na świecie wziąłeś.
- Dość mam cię już Marleju i przestań gadać o sobie,
od dziś ci obiecuję wspomnę ja czasem o tobie
i nawet kwiatki kupię, by na twym grobie złożyć,
lecz teraz chciałbym w końcu się do łóżka położyć.

- Nie będziesz miał dziś nocy jak zwykle dobrze przespanej,
chociaż z całego serca ja życzę ci udanej,
lecz za niespełna cztery godziny mój kolego
poznasz ty Ducha Przeszłości. On będzie tu dlatego,
żeby ci pomóc znaleźć pokłady wielkiej radości
i jeszcze większe połacie do ludzi twojej miłości.
Tej samej nocy, także odwiedzą cię jeszcze dwa duchy,
więc twoja biedna głowa nie dotknie dziś poduchy.

- Ale ty mnie wkurzasz, idźże już nareszcie.
- Jeszcze mi podziękujesz w bardzo ludzkim geście,
kiedy się w końcu zmienisz i otworzysz na innych
i zrozumiesz wtedy, że to ty byłeś winny.
Nagle zjawa odeszła, w ciemności się rozmyła.
Zastanawiał się stary, czy mu się nie śniła.
Rozglądną się po pokoju, łóżko rozłożył po woli.
- Muszę ja trochę poćwiczyć ostatnio kręgosłup mnie boli -
zgasił świeczkę, co prawie się całkiem dopaliła –
Jak Marlej to powiedział, że noc ta będzie nie miła.
Może dla jego duszy co w kajdanach jęczy;
ale mnie ten kręgosłup od kilku dni już męczy.
Na razie zamknę oczy i policzę barany –
jak zwykle jeszcze zadkiem przysunął się do ściany,
gdy nagle jakaś mała istotka do niego podeszła.
Nie zauważył w całe, że mu przez głowę przeszła.

Stanęła przed nim na łóżku i rączkę wyciągnęła.
Złapała go i raptownie do siebie przyciągnęła.
- Jak taka mała osóbka, może mieć tyle siły.
Na pewno to jakieś moce nadprzyrodzone sprawiły.
Jesteś ty jak dziecko, a twarz masz dorosłego.
Przysłał cię do mnie Marlej. Już ja ciebie kolego
dorwę jak znowu wrócisz, by bajki jakieś gadać,
wtedy ci diabły będą musiały kosteczki składać.
Jak można spokojnego człowieka tak nachodzić
i jeszcze o tej porze za nos go sobie wodzić?
No, dobra po coś przyszedł, a raczej tu się zjawił.
Myślę, że tylko chwilkę w mym domu będziesz bawił?

- Nim razem polecimy, ja ci się chcę przedstawić.
Myślę, że przy mej osobie ty dobrze będziesz się bawić.
Jeśli już o zabawie tutaj mówimy szczerze,
to w twoje obiecanki za bardzo ja nie wierzę.
Tylko ludzie dobrzy igraszki uwielbiają,
a tacy jak ty zgryźliwi przed nimi uciekają.
- Czy dowiem się ja wreszcie, jak ty się duchu nazywasz
i w jakim celu do mnie po nocy ciemnej przybywasz?
- Jestem ja Duchem Przeszłości i chcę ci coś pokazać.
- Tylko mi proszę nie marudź, że ktoś mi będzie coś kazać,
bym zaczął się ja cieszyć ze świąt, które nadchodzą,
już one mi bokami na raz dwoma wychodzą.

W tym momencie się jasno do koła ich zrobiło,
aż się Scroogowi w głowie porządnie zakręciło.
Stali oni w miejscu, bardzo dobrze mu znanym.
Trochę go rozżaliły te swojskie, stare ściany.
Kiedy tak stał nieruchomo, podeszła do niego dziewczynka.
- Jesteś mi dobrze znana. Twa śmieszna, dziecinna minka
zdradza mi bez wątpienia, żeś jest siostrzyczką moją,
a te dzieciaki z tyłu, co tam w oddali stoją,
to nasi są sąsiedzi, co szopkę organizują;
ale mnie moja siostrzyczko twój widok za serce ujął.

- Przypomnij sobie braciszku, jak cudne były święta,
gdy razem z całą grupą jako te pacholęta,
biegaliśmy do kaplicy, by razem tam budować
szopkę dla Jezuska, a potem szliśmy spakować
prezenty, co rodzicom żeśmy przygotowali,
a oni jak co roku oboje udawali,
że kolejne pantofle im bardzo się podobały,
chociaż ich już całe wory na strychu szeregiem stały.

- To były piękne czasy, ale to dawno już było
i wraz z twoim odejściem na zawsze się skończyło.
- To nie prawda braciszku ja wciąż za tobą płacze,
to wszystko się jeszcze zmieni, ja tobie to wytłumaczę…-
lecz w tym momencie zjawa w obecny czas go przyniosła.
- Co takiego mówiła moja kochana siostra,
że mogę to naprawić i do ludzi powrócić,
nie można przecież na żywca skóry na misiu przewrócić……
jak jestem już w mej sypialni to w końcu spróbuję zasnąć –
zdążył tylko leniwie dwa razy ustami mlasnąć,
gdy nagle w jego łóżku druga zjawa stanęła
i teraz grzecznie palcem na niego tylko skinęła.
- A ty tu po co jesteś i ciszę mi nocną zakłócasz,
a w dodatku nie stoisz, tylko leciutko przykucasz?
- Jestem Duchem Świąt, które obchodzić się będzie w tym roku;
a jak tutaj się zjawiłem, stoczyłem się po stoku
i śniegu nabrałem tyle co na jednego bałwana,
dla ducha jest to także, rzecz bardzo niesłychana.
Wyjdźmy z twojego domu, bo ciasno tu u ciebie,
co innego, gdybym ja teraz siedział u siebie w niebie.
Tam miejsca mamy dużo, sufitu nie ma wcale,
dlatego ja tam się czuje po prostu doskonale.

- No dobra to, gdzie tym razem my teraz poleziemy.
Do Boba kancelisty cichutko zaglądniemy.
On właśnie z swą rodziną piękną Wigilię spożył
i Bogu za to dziękuje, że Tom jej znowu dożył.
Jak wierz jego choroba się czuje w nim znakomicie
i w końcu malca zadusi jak szczura boa dusiciel.
- Nic o tym nie wiedziałem, że Bob ma syna chorego…
- Co by to w końcu dało. Zrobiłbyś coś dobrego,
gdybyś o tym wiedział?
- On mi nic nie powiedział. W końcu pieniądze mu płace.
- Lecz marne są takie płace, leki kosztują dużo.

- Ja przecież nie jestem burzą; nie będę pieniędzy ciskał,
jakby piorunem błyskał. Dam mu trzy więcej monety.
- Jesteś sknerusem niestety.

Druga zjawa zniknęła .
- Pod ziemię się nie zawinęła.
Mówiła coś o niebie, pewnie wróciła do siebie.
Chyba się już nie położę, kolejną coś przynieść może.
Już tak do samego rana, ta noc nie będzie przespana.

Jak rzekł, tak też się stało. W sypialni zawirowało,
podniosło Ebenezera, zaczęsło nim jak cholera,
postawiło na głowie i wtem ma on przy sobie,
kolejnego ducha, wygląda jak stara kostucha,
habit ma na sobie. Stary po głowie się skrobie:
- Może to śmierć po mnie przyszła i mi naprzeciwko wyszła.

Duch mu plakietkę pokazał i napis przeczytać kazał.
Tam tylko były te słowa:
- Czy twoja stara osoba, chce widzieć co będzie w przyszłości,
ten duch właśnie po to tu gości.
- Już dużo ja dziś widziałem, lecz nigdy nie spotkałem
Człowieka co tak jak ja okazję taką ma,
by zobaczyć ten świat za kilka dobrych lat.
Ruszajmy więc od razu. Nie mogę ja obrazu
tego sobie wymyślić; mógłby on mi się przyśnić.
Nagle zaniemówił, już tego ducha nie lubił.
Na cmentarzu stali. Bardzo mocno płakali,
Bob i jego żona w żałobie zasmucona.
Byli oni u Toma co na rękach skonał
ojcu kochającemu, on nie mógł pomóc jemu.
Nad grobem dziecka stali i również go żałowali
wszyscy dobrzy ludzie, co w ogromnym trudzie
rodziców tych wspierali i malca żałowali.

- Dlaczego on nie żyje?
Lecz zjawa cicho wyje i grób mu pokazuje,
nikt nad nim nie lamentuje; tylko napis widnieje. Ebenezer szaleje:
- To jest mój grób zaniedbany, przez wicher tylko owiany.
Nie ma na nim niczego, nawet kwiatka suchego.
Czy jak ja umierałem, to kogoś przy sobie miałem?
Zjawa się zawinęła do łóżka starcem cisnęła.
Zasnął nad samym ranem. Co przeżył, to niesłychane,
lecz coś się w starym zmieniło i zło na zawsze zdusiło.

Nastał ten dzień radosny i ogromnie podniosły,
wszystkich do kościoła swym echem dzwon już woła.
Słychać kolędę z daleka, każdy z radością czeka,
że w żłóbku dzieciątko zobaczy, Pan wielką miłością nas racz
Radość wielką przynosi i miłość w koło swą głosi.
W tym momencie nastała, cisz tak doskonała,
że słychać było w oddali jak śniegiem z nieba sypali,
bo Ebenezer nagle w kościele się pojawił:
- Ja także będę od dzisiaj małego Jezusa sławił .
Dzisiejsza noc mnie zmieniła. Miłość to wielka siła,
którą trzy duchy tej nocy, ukazały mi w swej mocy.
Duchy mnie nakierowały i jak żyć też pokazały.
Od dziś nie chcę być niedobrym, ale słodkim i pogodnym.
Idę do Freda na dobre śniadanie, a mały Tom ode mnie dostanie,

pieniądze na szybkie leczenie i choroby zakończenie.
Święta to cudowny czas, niech więc błogosławi nas
to Dzieciątko, które przyszło; sknerstwo w końcu ze mnie wyszło.

Te zdarzenia prawdą były, nową duszę uwolniły
od złego co jest na świecie. Pewnie i wy też znajdziecie
wśród was skąpca takiego, co go w nocy wpół śpiącego
jakaś siła wyjmie z łóżka i jak bardzo dobra wróżka
pokaże mu lepszy czas, by radości w koło nas
nigdy nie brakowało i szczęścia także starczało
dla wszystkich ludzi na świecie.
Błogosław mam Święte Dziecię.
…niech nam wszystkim Boże Dziecię Błogosławi w ten świąteczny czas…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *